Google łowią na potęgę

Google zatrudnia nowych pracowników w takim tempie, jakby rynek znów ogarnęło szaleństwo dotcomów - twierdzą amerykańskie firmy rekrutacyjne. Rywale zaś skarżą się na to, że spółka psuje rynek swoimi metodami werbowania ludzi.

Machina rekrutacyjna ruszyła wkrótce po tym, jak w sierpniu zeszłego roku kalifornijska spółka zadebiutowała na giełdzie. Google zatrudniał wówczas ok. 2,6 tys. pracowników. Po pół roku w spółce pracowało już 3,5 tys. osób. W ostatnim kwartale (zakończonym 30 września 2005 r.) Google przyjął 800 nowych pracowników, a łączna liczba zatrudnionych sięgnęła 5 tys.

Jednak na tym wcale nie koniec. Na stronie internetowej spółki wisi jeszcze lista ok. tysiąca ofert pracy - m.in. dla księgowych, specjalistów od marketingu czy zarządzania zasobami ludzkimi. Najbardziej pożądani są jednak wysokiej klasy specjaliści od technologii internetowych.

Powrót bańki?
Firmy rekrutacyjne przyznają, że od czasu pęknięcia bańki internetowej nikt w tej branży nie zatrudniał w takim tempie. Dlaczego? Bo po tym, jak wiele firm internetowych poszło z torbami, rynek stał się ostrożniejszy. Czyżby więc teraz szaleństwo powróciło wraz z Google? Niekoniecznie. Pod koniec lat 90. internetowe spółki wydawały pieniądze inwestorów, które - jak się później okazało - nie miały pokrycia w przychodach. Tymczasem Google ma obecnie wszelkie podstawy ku temu, by zdecydowanie przeć do przodu. Choć spółka jest znana właściwie tylko ze swojej wyszukiwarki internetowej, to przerobiła ją na prawdziwą żyłę złota - pieniądze z reklam wyświetlanych przy wynikach wyszukiwania (tzw. linki sponsorowane) płyną do kasy Google szerokim strumieniem. W ostatnim kwartale było to prawie 1,6 mld dol. Wartość Google na giełdzie przekroczyła już 120 mld dol. To więcej, niż jest warte nie tylko Yahoo czy eBay, ale też medialny koncern Time Warner.

Jednak Google nie zatrudnia przecież tylko po to, by realizować swoją misję. W zeszłym tygodniu na spotkaniu z inwestorami George Reyes, dyrektor finansowy Google, przyznał, że agresywna polityka zatrudniania wynika z przygotowań do starcia z większym i mocniejszym finansowo rywalem. Dodał też, że niedawna dodatkowa emisja akcji, która przyniosła spółce 4 mld dol., była podyktowana podobnymi obawami. - Uznaliśmy, że jest na rynku przynajmniej jeden rywal na tyle silny, że może zadać nam dotkliwe ciosy. Dlaczego więc nie mielibyśmy zabezpieczyć się finansowo przed ewentualnym sztormem? - tłumaczył Reyes. Nie chciał oczywiście zdradzić, kto jest owym rywalem. Jednak analitycy nie mają wątpliwości. - Chodzi o Microsoft - mówią.

Brylanty i zagadki
To właśnie z koncernem Billa Gatesa Google ma ostatnio na pieńku. Obaj giganci ciągają się po sądach od lipca, kiedy to Google ogłosił, że szefem jego chińskiego ośrodka badawczego-rozwojowego [ośrodek jeszcze nie powstał - red.] zostanie dr Kai-Fu Lee znany w środowisku z prac nad technologią komputerowego rozpoznawania mowy. Sęk w tym, że Lee od 2000 r. pracował dla Microsoftu - m.in. udoskonalał wyszukiwarkę MSN. Gates zareagował błyskawicznie - złożył pozew do sądu, zarzucając Lee złamanie kontraktu (zakaz pracy u konkurencji przez rok), a rywalowi - nieuczciwe próby zdobycia technologicznych tajemnic Microsoftu. Kolejna odsłona sporu? W styczniu przyszłego roku.

Lee nie jest jedynym brylantem wysupłanym z rynku przez Google. Aby namierzyć odpowiednie osoby w branży, Google zatrudnia specjalistów od rekrutacji. Według nieoficjalnych informacji jest ich aż trzystu.

- Jeden wysokiej klasy inżynier jest wart przynajmniej tyle, co 300 przeciętnych programistów - mówi Alan Eustace, wiceprezes działu inżynierii w Google. - Prędzej zrezygnowałbym z całego tabunu świetnie wyszkolonych absolwentów z technologicznych uczelni niż z walki o weterana internetu - dodaje.

I tak Google złowił m.in. Vinta Cerfa nazywanego jednym z ojców internetu. Cerf współtworzył protokół TCP/IP, który - w uproszczeniu - umożliwia przesyłanie danych pomiędzy komputerami podpiętymi do sieci. Do Google dołączył też Adam Bosworth znany z prac nad Microsoft Access (system do obsługi baz danych) oraz Internet Explorerem, przeglądarką Microsoftu.

Google łowi też na polskim rynku - w zeszłym tygodniu branżowy tygodnik "Media Marketing Polska" w swoim serwisie elektronicznym napisał, że do polskiego biura Google ma przejść wkrótce Adam Kwaśniewski, dyrektor zarządzający sieci Ad.Net, brokera reklamy internetowej.

Aby ściągnąć do siebie utalentowanych pracowników, Google sięga po różne techniki. Na billboardach przy drogach w Dolinie Krzemowej pojawiają się matematyczne zadania. Ot, choćby takie: "Wśród rozwinięcia liczby e [tzw. liczba Eulera - red.] znajdź 10-cyfrową liczbę pierwszą". Prawidłowa odpowiedź to 7427466391, a zagadka na billboardzie to wstęp do często ciągnącego się przez kilka tygodni, a nawet miesięcy, procesu rekrutacji. Nieco łatwiej mają ci, którzy potrafią z aplikacji Google stworzyć nową jakość. Spółka uważnie śledzi, co się dzieje na rynku - tak do Mountain View trafił Paul Rademacher, twórca serwisu Housingmaps.com, który łączy Google Maps (mapa świata z możliwością wyszukiwania krajów, miast lub instytucji) z ogłoszeniami dotyczącymi sprzedaży nieruchomości z serwisu Craigslist.

Są też i tacy, na których sama nazwa spółki działa jak magnes - z jednej strony Google jest jedną z najbardziej innowacyjnych firm internetowych, z drugiej - na wyobraźnię działa oryginalna polityka korporacyjna. Na przykład informatycy mogą jedną piątą swojego czasu pracy poświęcić na własne projekty - do legend przeszły już wypady do kina czy gra w hokeja na parkingu.

Głowy warte miliony
Propozycje dla specjalistów idą w milionach dolarów - wspomnianemu już Kai-Fu Lee Google zaoferował 10 mln dol. rozłożone na cztery lata. W podobny sposób próbował też skusić Anselma Bairda-Smitha, twórcę Jigsaw, oprogramowania wykorzystywanego w serwerach. Kiedy ten w czerwcu ogłosił zamiar odejścia z eBay, momentalnie pojawiła się propozycja od Google - sześciocyfrowa pensja i pakiet akcji wart wówczas kilka milionów dolarów. Baird-Smith wybrał jednak ofertę pracy w nowo powstającej spółce w Dolinie Krzemowej. W zamian za trzy lata pracy ma dostać milion dolarów, a dodatkowo udziały w spółce, kiedy ta powstanie.

Rywale skarżą się, że w walce o pracowników Google na prawo i lewo szafuje swoimi akcjami, w niektórych przypadkach podwajając nawet ich liczbę. - Z tym nie ma jak konkurować - mówi Prabhakar Raghavan, szef badań w Yahoo. - Jednak Google w ten sposób psuje rynek, bo zwiększa oczekiwania płacowe i w pewnym sensie podburza słabiej opłacanych pracowników.

Google odpiera zarzuty. - Walczymy tak samo jak Yahoo czy inne firmy na rynku - zastrzegają przedstawiciele spółki z Mountain View. A choć podwajanie pakietu akcji rzeczywiście się zdarza, to jest to jedynie margines przypadków - twierdzą.

Jednak nawet margines może się odbić czkawką. Wielu pracowników Google po debiucie spółki na giełdzie z dnia na dzień stało się multimilionerami. Kurs wciąż się pnie - na początku za jedną akcję płacono 85 dol., dziś już ponad 400 dol.! Choć trudno przypuszczać, by pozbycie się udziałów (zwłaszcza wartych wiele milionów dolarów) nie było obwarowane szczególnymi warunkami, to inżynierowie mogą wybrać wcześniejszą emeryturę. Tak w tym roku z firmy odszedł Wayne Rosing, wiceprezes działu inżynierii. Powód? Chciał się w pełni poświęcić swojej pasji - astronomii.

Źródło:
Gazeta.pl

Odsłon:  2383